15 grudnia 2018 r. Imieniny obchodzą: Nina, Celina, Walerian

Pogoda: Siedlce

Numer 50
13-19 grudnia 2018r.

menu

NEWS

Już za tydzień - z kolejnym numerem ECHA - kalendarz na 2019 r.!

STRONA GŁÓWNA



Archiwum jedynek
Pobierz pełne wydanie
Dodatek Echo Leśne

Opinie

 
 

Wspomnienia z dawnych lat

3 października 2018 r.

Była taka szkoła


fot. ARCHIWUM

Są w nas wspomnienia, których nigdy nie pokryje kurz. Wśród nich - pachnący nowością tornister i nauczycielka polskiego, słowa ćwiczonej tygodniami piosenki na apel, wiersz Baczyńskiego, który tak chwytał za serce, i owoc zakazany - pierwsze wagary.

Nie ma chyba osoby, która myśląc o swojej szkole z perspektywy lat, nie zadumałaby się nad beztroską tych czasów - nawet jeśli w klasach brakowało kredy, z pamiętających czasy króla Ćwieczka ławek zielona farba odpadała płatami, a rodzicom z trudem udawało się wysupłać parę złotych na szkolne akcesoria. Kiedyś to było... Szanowało się nauczycieli. Ba - z ich zdaniem liczyło bardziej niż z opinią rodziców. Skarga na matematyka? „Skoro ci wlepił dwóję, widocznie na to zasłużyłeś!” - kwitował ojciec, dokładając klapsa na okrasę. Nie było dyskusji.

Tadeusz Krawczyk z Zabłocia

Pierwszy dzień szkoły mam ciągle przed oczami, chociaż było to w 1956 r. Może dlatego, że idąc z mamą z Trojanowa do Połosek przewróciłem się. Piękny garniturek z krótkimi spodenkami był cały w błocie, więc biegiem wracaliśmy do domu, żeby zmienić ubranie i jeszcze zdążyć na rozpoczęcie roku szkolnego. I klasę zaczynałem jako sześciolatek. Mówili: „pojętne dziecko, nie ma co trzymać go w domu”. Drewniana szkoła stała w środku wsi. Uczyły się w niej dzieci od I do IV klasy. Piąto-, szósto- i siódmoklasiści chodzili do starej plebanii naprzeciwko kościoła, w której dwa pokoje służyły jako sale lekcyjne, a drugą część domu zajmowała jakaś rodzina. Dzięki temu nawet dzisiaj za myślą o szkole idzie zapach świeżo upieczonego chleba, który wdzierał się do klas…

Tornister? Książki wkładałem do torby, którą uszyła mama, i zarzucałem na plecy. Piórnik wyżłobił mi z drzewa mój ojciec. Powojenne lata były trudne. Nie było nas stać na to, żeby kupić np. zeszyty na zapas. Kiedy był potrzebny nowy, mama wkładała mi do pudełka kilka jajek. Sprzedawałem je w sklepie w Połoskach i za te pieniądze kupowałem zeszyt albo ołówek.

Z I klasy pamiętam nastawione na cały regulator radio, nadające informacje o śmierci Bieruta. Trzeba było słuchać i już. Jak też brać udział w obchodach zarządzonych przez rząd uroczystościach, o których dzisiaj mówi się „przeżytek przeszłości”.

Czas szkoły podstawowej to też obowiązki w domu i praca fizyczna. Moi rodzice trzymali inwentarz. Krowy pasło się luzem. Wyganiałem je na łąkę już po 5.00 rano. Zdarzało się, że pasłem je u sąsiada, u którego trawa był lepsza…

To mama bardziej pilnowała, żebym sumiennie chodził i do szkoły, i na lekcje religii - a trudności nie brakowało, bo religia odbywała się w prywatnych domach. Ojciec raczej gonił do roboty. Ja najbardziej lubiłem czytać. Nieraz tata popatrzył, jak ślęczę nad gazetami, i z ciężkim sercem powiadał: z ciebie rolnika nie będzie.

Pamiętam nauczycieli: kierowników Jana Samociuka, który w okresie II wojny światowej działał w Armii Krajowej, i Jana Kukawskiego, który trzymał w szkole żelazną dyscyplinę, jak też wywodzącą się z Choroszczynki panią Kryńską. Na koniec podstawówki, w 1963 r., namówiła mnie, żebym uczył się dalej w Liceum Pedagogicznym w Leśnej Podlaskiej. A na pożegnanie życzyła mi: „żebyś miał takich samych uczniów, jak ty”. A byłem urwisowaty… Przed zaćmieniem słońca kierownik kazał przynieść szkiełka okopcone dymem ze świeczki. Oglądaliśmy przez nie niebo. Potem wpadłem na pomysł, żeby tą sadzą „umalować” dziewczyny. Kiedy tylko w szkole wybuchała afera, było jasne, że winowajca to Tadek i koledzy… Dzisiaj na miejscu tej drewnianej szkoły w Połoskach stoi nowa, nosząca imię św. Jana Paweł II. Gdy tamtędy przejeżdżam, zawsze patrzę na nią z sentymentem.

 

S. Dorota Korycińska, nazaretanka

Dzieci z mojego rodzinnego Zalesia uczyły się w sąsiednim Tarkowie. Ale nie mieliśmy szkoły z prawdziwego zdarzenia. Klasy były w czterech prywatnych domach. I kl. zaczynałam w 1960 r. Czas nauki wspominam z wielkim sentymentem dzięki wspaniałym, oddanym swojej pracy nauczycielom. Kierownik Henryk Daniluk z chłopakami modelował samoloty. W małej wiejskiej szkole mieliśmy zespoły muzyczny, taneczny i chór. Ciągle jeździliśmy na występy, kierownik przygrywał nam do tańca na akordeonie. Np. z okazji Święta Ludowego organizowanego w Zielone Świątki zajmowaliśmy zawsze pierwsze miejsce.

Siedziałam w jednej ławce z Reginą Lipińską. Do szkoły chodziłyśmy zawsze we trzy, razem z Danusią Zalewską, moją sąsiadką. Należałyśmy do zespołu muzycznego, we trzy zostawałyśmy na próby.

W wielkiej komitywie z kierownikiem szkoły był ks. Kazimierz Żelisko, wikariusz z Przesmyk. Przywoził do szkoły filmy. Razem montowali sprzęt i wyświetlali je nam. Jedno z pierwszych moich szkolnych wspomnień to film o lisku, który zakradał się do kurnika.

Każde dziecko nosiło fartuszek. Było to obowiązkowe i dobre. Uczniowie wyglądali schludnie, a fartuszek przykrywał całą biedę. Takie były te powojenne czasy. W domu nie przelewało się u nikogo, a to, jak dzieci przygotowane były do szkoły, zależało też od tego, czy rodzice byli przekonani, że wiedza otwiera wszystkie drzwi... Były dzieci, które nie miały kredek czy zwykłego ołówka. Nasza mama bardzo pilnowała, żebyśmy mieli farby, kredki, bloki rysunkowe, zeszyty. Kiedy tworzył się zespół muzyczny, kierownik prosił rodziców, żeby kupili instrumenty. Tata kupił mi mandolinę. Kosztowała 300 zł. Grałam na niej do końca VIII kl. Zabawki, pomoce szkolne? Jeśli szkoła miała mapę, to już było wielkie „halo”. Ale w szkole nie było czasu na nudę. Przerwy zawsze wydawały się za krótkie. Dziewczynki grały w klasy. Rywalizowałyśmy, która ma piękniejsze szkiełko. A zaimponować wcale nie było łatwo, bo w domach królowały metalowe talerze. Bawiliśmy się w berka, w chowanego. W zimie czekała na nas ślizgawka na pagórku między domami, w których były klasy. Lepiło się bałwana. Urządzaliśmy wojnę na śnieżki.

Nauczyciel, którego ze szczegółami mogłabym opisać nawet dzisiaj, to katechetka - przezacna osoba. Pamiętam, jak pięknie opowiadała o stworzeniu świata. W 1961 r. kazano zdjąć krzyże, które wisiały w każdej klasie. Nasza klasa była w domu Zygmunta Krukowskiego. Rano krzyże były zdejmowane, a po południu pani Krukowska zawieszała krzyż na nowo. Mówiła: „dzieci już mam duże, poradzą sobie, gdybym musiała iść do więzienia”. Ale nasze mamy przychodziły i wieszały ten krzyż tak jakby razem z nią, podnosząc do góry ręce. Po wyrzuceniu religii ze szkół na katechezę chodziliśmy do domu państwa Kryńskich. Na początku siedzieliśmy na podłodze, a później rodzice zbili ławki. Pisało się, klęcząc.

Dopiero do VII kl. poszłam do prawdziwej szkoły między Tarkowem a Kukawkami, pod lasem. Szkoła pachniała nowością. Chodziliśmy tam po lekcjach sprzątać. Piękny korytarz, przestrzenne klasy, wielkie okna, duże boisko… To był już inny świat.

 

Ks. Andrzej Wolanin, proboszcz parafii w Makarówce

Niebieski fartuszek z białym kołnierzykiem, tornister na plecach, w ręku woreczek na buty -byłem uczniem jak inne dzieci. Idąc do I klasy, a było to w 1978 r., umiałem już dobrze czytać i pisać. Mówili w rodzinie: „ten to uczony!”. To babcia mnie wszystkiego nauczyła - swoją cierpliwością i mądrością - chociaż sama żadnych szkół nie kończyła. Często mi o tym przypominała.

Mieszkałem na początku Strzały. Szkoła była z drugiej strony wsi, 1,5 km od mojego domu. Codziennie szło się na piechotę, czasami jechało rowerem. Ani ja, ani moi koledzy nie zaprzątaliśmy sobie nawet głowy myślą, że ktoś ma nas do szkoły dowieźć albo odwieźć.

Świetlica - to było coś! Żeby się tam dostać, trzeba było sobie na nią zasłużyć. Rodzice musieli napisać podanie, poprosić o przyjęcie dziecka. W świetlicy zostawało się do 15.00, ale nie dlatego, że czekało się na autobus. Na przerwach byliśmy dożywiani: po jabłuszku się dostawało i po szklance mleka.

Pierwsze lata nauki to była idylla. Przynosiłem same piątki! Mój niekłamany podziw budziła pani od matematyki. Pewnego dnia oznajmiłem rodzicom: „Jak ona nas kocha! Swoje jabłko pokroiła, żeby tylko nauczyć nas ułamków!”. Do pani szło się jak do mamy. Można się było przytulić. Lecieliśmy do niej jak gąsiątka.

Lekcje religii odbywały się po domach. Kiedy byłem w I kl., z Siedlec przyjeżdżała do nas katechetka Maria Kowalczyk. W II kl. uczyła nas albertynka s. Hieronima. Bardzo skrupulatnie pilnowała modlitwy i porządku. Powtarzała często, że pacierz to chrześcijańskie abecadło.

Za moich szkolnych czasów, gdy dziecko robiło błąd ortograficzny, musiało 100 razy przepisać poprawnie wyraz. Do rozrabiaków raczej nie należałem, ale kiedy próbowałem w domu wzbudzić współczucie z powodu jakiejś reprymendy, nigdy nie usłyszałem od taty: „wyjaśnię to z nauczycielem”. Przeciwnie - bywało, że jeszcze poprawił... Dzisiaj rodzice bardziej chronią dzieci niż nauczycieli. Dawniej nie było o tym mowy. Na lekcjach nieraz w ruch szła linijka, w kącie czekał na urwisów woreczek z grochem. Winowajca klęczał na nim, trzymając ręce w górze.

Co robiliśmy na przerwach międzylekcyjnych? Na wsi były one chyba krótsze niż w szkole miejskiej. Jesienią po lekcjach szybko wracało się do domu, brało motyczkę - i na pole! Dopiero wieczorem można było usiąść do lekcji, i to nie zawsze przy świetle, bo obowiązywał 20 stopień zasilania... Ale nie było taryfy ulgowej. Kiedyś wyłączyli prąd. Pomyślałem, że lekcje mi się upieką. Tatuś tymczasem ściągnął ze strychu lampę naftową…

Na ścianie przy oknie przyczepiony był mój plan lekcji. Tatuś i mamusia wiedzieli, że np. we wtorek powinienem wrócić do domu o 15.20. Co wieczór tatuś siadał przy mnie i przeglądał zeszyty. Patrzył na plan i pilnował, żebym na następny dzień dobrze się spakował. Potem paciorek, Miś Uszatek i do łóżka. To były czasy, gdy rodzice bardziej czuwali nad wychowaniem niż dzisiaj. Moim rodzicom jestem za to bardzo wdzięczny!

Monika Lipińska

Powrót

STRONA GŁÓWNA



Archiwum jedynek
Pobierz pełne wydanie
Dodatek Echo Leśne

Aktualności

Więcej artykułów z tej kategorii »

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

FOTOGALERIA

Zakończenie jubileuszu


W uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP nastąpiło oficjalne zakończenie obchodów jubileuszowych 200-lecia diecezji siedleckiej. Punktem kulminacyjnym była Eucharystia sprawowana pod przewodnictwem bp. Kazimierza Gurdy. Po Mszy św. obaj biskupi wręczali delegacjom poszczególnych parafii statuty II Synodu Diecezji Siedleckiej. Prawo zawarte w tych dokumentach wejdzie w życie 1 stycznia 2019 r. W czasie liturgii odczytano także dekret papieża Franciszka, który w roku jubileuszowym odznaczył godnością kapelana Jego Świętobliwości kilku księży naszej diecezji. Tego samego dnia wieczorem w katedrze odbył się uroczysty koncert zamykający jubileusz. [fot. K. Skorupski/Podlasie24.pl]

FOTOGALERIA

Znamy laureatów


Mirosław Roguski, Mieczysław Zawadzki, Mieczysław Gaja, Małgorzata i Waldemar Gujscy - to tegoroczni laureaci nagrody im. Ludomira Benedyktowicza. Nagrody przyznawane są za szczególne osiągnięcia w trzech dziedzinach: szeroko pojęta działalność artystyczna; twórczość i dorobek literacki, naukowy i publicystyczny; działalność patriotyczno-społeczno-humanitarna. [fot. W. Bobryk]

PATRONAT "ECHO"


Rok o. Pio
Dwa okrągłe jubileusze: 100 lat od otrzymania stygmatów i 50 lat od przejścia do domu Ojca - ten rok z pewnością będzie należał do św. o. Pio.
więcej »
Rekolekcje w sieci
„Kościół jest dobry” - czyli nic co Boskie nie jest im obce” to tytuł tegorocznych rekolekcji adwentowych przygotowanych przez www.profeto.pl.
więcej »
Chatka z piernika
Do 14 grudnia Gminny Ośrodek Kultury w Suchożebrach przyjmuje zgłoszenia do konkursu pt. Chatka z piernika w bożonarodzeniowej szacie.
więcej »
Grają i pomagają
W grudniu rusza trasa koncertowa Betlejem w Polsce 2018/2019. Więcej szczegółów na stronie www.betlejemwpolsce.pl.
więcej »
 

POLECAMY


To ty, szare Podlasie, rodzona ma kraino
Świętując jubileusz odzyskania przez Polskę niepodległości, warto skupić uwagę na tym, co działo się sto lat temu w miejscu, gdzie dzisiaj żyjemy. Książka „Tak rodziła się Niepodległość. Południowe Podlasie 1918” odsłania przed czytelnikiem panoramę wydarzeń sprzed wieku.
więcej »
Myśl właściwie
Abp Fulton J. Sheen - to jeden z najbardziej charyzmatycznych duchownych w historii amerykańskiego Kościoła. Płomienny mówca, wybitny kaznodzieja i wielka osobowość telewizyjna.
więcej »
Cuda wciąż się zdarzają
Cuda miały miejsce nie tylko w pierwszych wiekach Kościoła. Mają miejsce także dzisiaj i są potwierdzeniem prawdy Ewangelii - przekonywał o. Dolindo, któremu sam Jezus podyktował słowa jednej z najskuteczniejszych modlitw.
więcej »
Spragnieni Boga i niepodległości
Muzyczna uczta z okazji jubileuszu 200-lecia diecezji siedleckiej i 100 rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę.
więcej »
 

SONDA

 

Czy czas Adwentu jest nam potrzebny?

tak, to czas na refleksję w zabieganym świecie

nie, Adwent nic nie zmienia

najważniejsza jest chęć odmienienia życia w oczekiwaniu na Boże Narodzenie

to okazja do stanięcia w prawdzie wobec Boga i samego siebie, a przez to do nawrócenia



LITURGIA SŁOWA


Sobota
Czytania:
;
Ewangelia:


Czytania na dzień dzisiejszy - www.mateusz.pl

PROMOCJA

 

 
statystyka

NASI PARTNERZY

Copyright 2008 Echo Katolickie

Realizacja KREATOR